sobota, 23 czerwca 2007

Pseudonimy

Jedną z najciekawszych rzeczy do zapamiętania w szkole są tzw. ksywy kolegów, inaczej przezwiska. Czym to jest, rozpisywać się nie będę, bo właściwie każdy się z takim zjawiskiem spotkał.

Pseudonimy mogą pochodzić od nazwiska, miejsca zamieszkania, od słów wypowiedzianych przez delikwenta, albo z innych języków. Ta ostatnia opcja daje chyba najlepsze efekty.
Zacznę od siebie - nazwisko Kozłowski daje duże możliwości wymyślenia ksywy. I tak oto aż od klasy zerowej miałem różnorodne przezwiska opierające się na słowie kozioł. Byłem więc kozłem, nazywano mnie Kozłowieckim, Koziołkiem Matołkiem, a nawet kiedy doszło do jakiejś afery politycznej na parę miesięcy zrobiono ze mnie pana Kosowskiego.
Mam w klasie koleżkę, Patryka K., tróry tylko jeden raz zawołał do murarzy nowej szkoły: Hej, Fruktusy!, i od tej pory jest klasowym fruktusem. Jest to bardzo ciekawe słowo, pochodzące od rosyjskiego фрукты. Inny uczeń, Daniel K., też sobie wynalazł obcojęzyczne pseudo ciorny, od słowa чёрный. Mają wyobraźnię...
Ci uczniowie, którzy mają problemy z nauką, posiadają także wyjątkowo obraźliwe przezwiska. Na przykład taki nasz klasowy Michał był kiedyś nazywany padaczką.
W innych klasach też nie ma na co narzekać. Jest tam kilku absolwentów ktoży mają jeszcze gorzej, jak na przykład Zezol. Świetna sytuacja była, kiedy zaczęto reklamować cukierków Zozole...
Co zezole w sobie mają
że je wszyscy przeżuwają
Wszak są chore
Wciąż buzują
Lecz mimo to nam pasują.
Ogólnie to mamy wesołą szkołę, prawda?

piątek, 22 czerwca 2007

Koniec dziesięciu miesięcy

Na dzisiejszy dzień przypada koniec dziesięciomiesięcznego okresu roku szkolnego 2006/2007, który rozpoczął się wyjątkowo czwartego września, a nie pierwszego, z tego powodu, że pierwszy przypadał na piątek. Oczywiście nauczyciele mieli problem, bo po co przychodzić do budynku na jeden dzień, a później mieć przerwę na kolejne dwa?

Przez ten rok szkolny cały czas towarzyszył nam wątpliwej szanowności i wielmożności pan Romek Jacek Giertych, który został 5 maja 2006 roku najbardziej kontrowersyjnym Ministrem Edukacji w Europie. Wiadomo, że jego ojczyzną jest Śrem w województwie wielkopolskim.
Miał to być ostatni rok aktywności naszej Szkoły w Oporowie, znajdującej się w budynku, który ma sto pięćdziesiąt lat, ale okazało się, że tak nie będzie, bo budowa nowego budynku, która trwa już ponad piętnaście lat jeszcze się przedłuży.
Pod koniec tego roku okazało się, że ta oto szkoła jest pod pewnymi względami obrazem ubóstwa, nędzy i rozpaczy, bo kończący Szkołę Podstawową Szóstoklasiści dostawali nagrody książkowe trzy razy mniejsze niż piątoklasiści.
W tym właśnie roku w całej naszej wiosze rozpowszechniły się słowa OJEJA i KURIWA i stały się wręcz kultowe. Wszyscy uczniowie naszej szkoły znają Ojeję i trzeba w tym miejscu wspomnieć, że to słowo jest mojego autorstwa.
Także teraz, w drugim semestrze, odszedł ze stanowiska pełnionego od dwóch kadencji nasz dyrektor, autor ciekawej poezji biologicznej, w tym wiersza o treści:
Wszedł na gruszkę,
Trząsł pietruszkę,
A kapusta leciała

Przyszedł właściciel tego banana
I mówi:
"Złaź pan z mojego kasztana".
Będzie go nam brakować. I ja jestem uczniem w tej szkole, i będę nim przez następne trzy lata, bo jest to kompleks szkoły podstawowej połączonej z Gimnazjum. I to dlatego jest w niej aż dwustu pięćdziesięciu uczniów.

czwartek, 21 czerwca 2007

McDonaldy panują

Złote Łuki, ułożone w literę M, na metalowym słupie to jeden z najbardziej znanych symboli sieci McDonald's, barów szybkiej obsługi wyciskających do ostatku pieniądze od niewinnych klientów.

Mówi się, że jest to największa na świecie sieć restauracji fast food, działająca od 1940 roku. Najlepiej ze wszystkich mediów pozwala ona na dowiedzenie się, czym jest makdonaldyzacja.
Po pierwsze - McDonalda znajdziesz wszędzie, w Kutnie, w Gdańsku, Toruniu i ogólnie w każdym miejscu, prócz takich wioch, jak Żychlin, czy Oporów.
Po drugie - występują we wszystkich formach, od wolnostojących budynków z glinianą brązową dachówką, do restauracyjek zajmujących dwa piętra zabytkowej kamienicy.
Po trzecie - nie istnieją prawie żadne innowacje. W każdej restauracji McDonald's znajdziesz to samo - nie tylko te same potrawy, bo to jest całkowity obowiązek, bez wypełniania którego płaci się grzywny, ale też takie same sedesy, stoły, krzesła, a nawet kasy fiskalne. Tylko obsługa jest nieco inna.
Po czwarte - straszliwie wysoka jakość, wycofująca z obiegu wszelką konkurencję, i niekiedy nawet sklepy z zabawkami jeśli takowy stoi naprzeciwko budynku. Jak głoszą ogłoszenia, wszystkie hamburgery to stuprocentowa wołowina, więc widocznie bułki też są mięsne.
Po piąte - zgodnie z powyższym, diabelnie wysokie ceny. Żeby się najeść porządnie w najtańszy sposób, wydasz co najmniej 11 złotych. Aby najeść się innym sposobem, wyrzucisz 20 złotych. Niekiedy trzeba nawet płacić za skorzystanie z toalety.
Po szóste - zdradliwe promocje. Jeśli widzisz, że do salonu McDonald's w twojej miejscowości dotarła promocja na kilka produktów naraz, koniecznie przejrzyj w cenniku to, co chcesz kupić. Ostatnio cheeseburger zdrożał o złotówkę.

To wszystko prowadzi do tuczenia społeczeństwa i bankructwa już tych utuczonych.

środa, 20 czerwca 2007

Polska era Bloggera

Wszedłem dziś na stronę główną Bloggera i tak się zdumiałem, że teraz nie przychodzi mi do głowy pisanie niczego, prócz tego wydarzenia, które zaszło na serwerze. Jeśli jeszcze nie masz webloga w tym serwisie, to informuję - Blogger został spolszczony. W pełni!

Najbardziej rzuca się w oczy to, że kultowy Dashboard zamienił się w Pulpit nawigacyjny. Trochę dziwnie brzmi, ale wszakże jest to nazwa po polsku, a ich bardzo mi w tym serwisie brakowało. Choć od ponad sześciu lat uczę się na zajęciach języka angielskiego, to nadal nie znam go zbyt dobrze, bo trafiłem na niezbyt dobry tok nauczania, tj. trzy godziny w tygodniu. Teraz dopiero można opanować cały panel administracyjny bloga. Może to jednak dobrze, że Google tak długo zwlekało z ustanowieniem polskiej wersji, bo teraz doszło do wielkiej radości, graniczącej z podnietą.
Najpierw zmienił się sam interfejs, bo jest teraz bardziej rozbudowany i wygodniejszy. Ponoć tak jest od czwartego maja roku bieżącego. Obok polskiego, do list możliwych języków dołączyło jeszcze kilka, i obecnie można wybierać spośród trzydziestu ośmiu.
Mimo wszystko, zgłębiając wnętrze interfejsu można natrafić na kilka kruczków. Moim zdaniem najciekawszy jest dział, o nazwie Kanał witryny. Trzeba się trochę zastanowić o co z tym kanałem chodzi i się co nieco o nim dowiedzieć. No to wszedłem i pierwsza przerzutka brzmi: Zezwalaj na kanał w blogu i podaje dwie możliwości, tak i nie. Nie chcę mieć na witrynie kanału, więc chciałem zaznaczyć nie, ale raczej żadna opcja nie zabroni tworzeniu się kanału na blogu, chociażby dlatego, że przyczyna kanału może pochodzić od samego właściciela, jeśli jest on pokemonem. Tak więc wychodzi na to, że chodzi o kanał RSS, a on powinien istnieć jak najbardziej.

Mimo wszystko, wszelkie zmiany są bardzo korzystne i rozpoczną serie zmian w polskiej blogosferze, bo teraz każdy portal może sobie wsadzić sobie swoje usługi do nosa, bo każdy wie, że Blogger jest ze wszystkich najlepszy, tyle że BYŁ po angielsku, a że teraz doznał polonizacji, niech się sam Onet schowa.

wtorek, 19 czerwca 2007

Lodziarki naszego kraju

Jeżdżenie po osiedlach samochodami, w których robi się lody dla szybkich dzieci, które migiem potrafią skoczyć z ulicy do domu, wyciągnąć ze skarbonki kilka dolarów, i z tą zdobyczą polecieć do pana lodziarza, który chętnie da loda, jest praktyką powszechną w Stanach Zjednoczonych. Co ciekawe, lody zostały wynalezione w Mezopotamii, cztery tysiące lat temu, a nadal trzeba za marnego loda włoskiego z automatu zapłacić około cztery złote, jeśli ma go wystarczyć na jakieś cztery minuty. Tak więc zawód lodziarza jest bardzo opłacalny.

Jeśli chcesz zostać lodziarzem, to najlepiej urodź się w Polsce,a po zdobyciu stosownego wykształcenia kup lodziarkę i jeździj po polskich wsiach, bo nawet mało kto będzie ci miał za złe sprzedawanie pół litra loda śmietankowego za dziesięć złotych. Tutaj najważniejsze jest, że lód przyjeżdża do klienta, a nie klient po loda. Wiem co mówię - ja na wsi mieszkam.

Co jakiś czas przyjeżdża tu taki lodziarz, który zainstalował sobie w samochodzie głośniki, a do głośników zainstalował telefon. Jeździ po całej drodze wzdłuż i wszerz, najwyraźniej włącza jeden dzwonek, żeby mu grało i czeka, aż ktoś mu wybiegnie z kasą na ulicę. Kiedy tak się dzieje, on staje, otwiera to co trzeba i czeka, aż ten bogaty klient sobie czegoś zażyczy. Nie ma sensu tam iść z sumą mniej niż dziesięciu złotych, bo samochód lodziarza to nie tyle lodziarka, co mała hurtownia. Może ci sprzedać w pudełku kilka rożków za dyszkę, albo dwadzieścia wafli również za dychę, a do tego za kolejną pudełko z lodem śmietankowym, żeby go sobie łyżką kłaść do środka. Ja od niego nic nie kupuję, bo kilometr od domu mam kiosk spożywczy, gdzie lody kosztują od siedemdziesięciu do dwustu groszy.

poniedziałek, 18 czerwca 2007

Blogi o niczym

Wiele jest w Internecie takich chamideł, które zakładaja sobie blogi o jakimś ciekawym tytule, i/lub adresie oraz nic dalej nie robią. Na Bloggerze jest wiele takich stron. Najgorszym przykładem jest chyba dziennik o adresie lost.blogspot.com. Ostatni post pochodzi z grudnia 2001 roku. Jest pierwszy i jedyny, a ma jeden wers tekstu. Tak więc teraz, kiedy jakiś prawdziwy fan serialu Zagubieni chce sobie pod takim adresem założyć bloga, to nie może, bo ten, który ten adres ma, posiada dodatkowo jedną notkę i portal ani śmie go skasować, a należałoby.

Jednak nasz ukochany Blogger i tak jest porządny w stosunku do innych serwisów rodem z Polski. Weźmy pod lupę Onet.pl Blog. Nie pewno nie przesadzę w stwierdzeniu, że co trzeci weblog tego serwisu jest pusty. I z tą pustką nic się nie dzieje, bo Onet się takimi sprawami nie interesuje.
Mylog.pl zrobił spory krok w kierunku niszczenia nicości. Jeśli na blogu nie opublikujesz notki w przeciągu dwóch miesięcy, to zostanie on usunięty, bo po co takie coś trzymać, prawda? Ale takie coś jest jeszcze gorsze od pozostawiania, bo ten cały Mylog uważa się za darmowy portal, ale tak na prawdę jeśli chce się na stronie pamiętnika zrobić cokolwiek prócz pisania, trzeba wysyłać SMS-y w cenach od 1,22 do 10 złotych, więc kiedy pamiętnik zniknie z serwera, to bardziej żal tych pieniędzy, niż wypisanych słów.

Problem stanowią także tzw. pokemony - użytkownicy sieci, którzy ledwo znają mowę ojczystą, i nawet nie wiedzą czym jest ortografia, gramatyka, czy interpunkcja. Pokemony uwielbiają różnego rodzaju sweety, głupie obrazki i wielbłądzie pisanie. Przeciętny nagłówek na stronie wygląda tak: <--##@-SiEmAsh*nA*mOjEM/BlOgÓsiu!&>. Co dziwne, typowy pokemon zbiera komentarze od innych pokemonów, a przynajmniej tak się wydaje, bo, pomyślmy - byćmoże komentuje samego siebie?

niedziela, 17 czerwca 2007

Autostrady w kawałkach

Polska to dość dziwny kraj - nowe autostrady są budowane aż do momentu skończenia się betonu, a gdy już są, to żaden urzędnik się nimi nie interesuje. Weźmy na przykład jedyną szosę z Oporowa do Kutna, wybudowaną najwyraźniej kilkanaście lat temu, która ma sześć metrów szerokości, a dziury występują na niej jedna za drugą. Nawet by było ciekawie, no bo świetnie by się jeździło slalomem, gdyby nie to, że te sześć metrów jest podzielone na dwa pasy ruchu i obustronne pobocze. To dziwne, bo droga ciągnąca się z Oporowa do Żychlina jest szeroka na dwanaście metrów, a do tego ma pobocze naprawiane smołą. Kilkanaście samochodów na godzinę tędy przejedzie.

Od tej szosy odbiega główna dróżka Kolonii Oporowskiej. No, jest to jedna z najbardziej historycznych dróg w powiecie kutnowskim - zrobiono ją siedemdziesiąt lat temu i jeździły po niej nawet czołgi i wozy pancerne. Użyto do niej bardzo starych technologii, więc jest gołym paskiem betonu wymieszanego ze żwirem. Dlatego, iż była dość intensywnie użytkowana, nie dość, że się wygięła, to jeszcze popękała po bokach i zdobyła gigantyczną wyrwę przy jednym z zakrętów.

Gdy pojedzie się dalej, będzie jeszcze lepiej. Beton znika, a na jego miejscu pojawia się droga zrobiona całkowicie z kamieni. Ma półtora kilometra długości i kilkadziesiąt zakrętów. Tutaj slalom można urządzać do woli, i jest to wręcz koniecznie. Jeśli wjedziesz w dziurę, to się przewrócisz, a kiedy już będziesz leżeć, to możesz się stoczyć przez krzaki pokrzyw do rzeki, która tędy przepływa.

sobota, 16 czerwca 2007

Rozpałka

A więc tak... oto jest pierwszy post, notka, wpis, czy jak to nazywacie na moim weblogu, pisanym z krainy szambem i rzepakiem płynącej, ale miejscami pięknej niczym Rivendell, czyli polskiej wsi. Jak widać, to określenie, którego użyłem, tj. weblog, jest teraz na tyle mało znane, że nie zna go nawet Firefox. A co w tym słowie jest złego? Web log, czyli sieciowy pamiętnik, słowo od którego wyszedł rzeczownik blog, który jest teraz bardzo gromko używany.

Trudno sobie wyobrazić, że według badań co sekundę powstaje w Internecie nowy blog. Hmm... w czasie doby mijają 86 400 sekund, a więc przybywa do sieci prawie sto tysięcy stron dziennie. A każdy blog jest z założenia wyjątkowy i ciekawy. Niby tak, ale wszak wszystko zależy od właściciela. Ja się postaram, żeby akurat moja stronica była niezła.

Tak więc zacznijmy od tego, skąd się wzięła nazwa. Właściwie znikąd. Nasunęła mi się na oko taka liczba, vigintillion, co po polsku znaczy decyliard. Jest to spora liczba, bo ma 63 zera. Nawet nieźle brzmi, a zwłaszcza ten przedrostek viginti. No to więc trzasłem to na nazwę. Ogólnie to liczby mają ciekawe nazwy. Na przykład nowemoktagiliard, który ma 537 zer. Spora, naprawdę spora. Jednak największą jest mililiard - ma prostą nazwę, i przede wszystkim, sześć tysięcy zerek.

No dobrze, oto pierwszy post. Chyba będzie więcej, jeśli nie doświadczę jakiejś depresji, czy czegoś podobnego.